Zmysły

„Niewiele jest rzeczy, które możemy pojąć wszystkimi pięcioma zmysłami”.

Zdanie to przypisuje się pewnemu niemieckiemu satyrykowi. Węch, wzrok, słuch, smak i dotyk. Tak każdy człowiek poznaje świat i faktycznie rzadko wykorzystujemy na raz wszystkie z tych umiejętności. Kiedy smakujemy wino angażujemy jednak całą gamę naszych możliwości.

Węch rzecz jasna potrzebny jest do odbioru bukietu, tych zwiewnych i zmiennych nut zapachów, które pojawiają się w trakcie kontaktu trunku z powietrzem. Wyobrażacie sobie pić wino nie posiadając powonienia? Spróbujcie podczas kataru wypić kieliszek. Niemożność powąchania zupełnie odbiera przyjemność, wręcz drażni i przeszkadza. Ja w tych trudnych chwilach ratuje się grzańcem.

Wzrok – kiedy z każdym poruszeniem kieliszka wino połyskuje, mruga, ocieka łzami po ściankach, zmienia barwy, a przecież każde jest innego koloru. Francuzi mówią, że jest to suknia/szata wina. Bez tych widoków, też nie można się obejść. Zamknijcie oczy przed pierwszą lampką i niech ktoś poda

Słuch – ja bardzo często przystawiam ucho do kieliszka, nie tylko po to, żeby poszukiwać ewentualnych wad. Najczęściej jest cicho, ale czy bez owego westchnienia w momencie otwarcia butelki szampan smakowałby tak samo? To element rytuału, nie tylko z resztą istotny przy winach musujących.

Smak nareszcie, tutaj nie ma się nad czym rozwodzić. Czymże było by wino bez smaku?

Dotyk – a co ma zmysł dotyku do picia wina? Zapytacie. Otóż bardzo wiele. W zależności od „krągłości” wino może być aksamitne, wręcz gęste lub niepoukładane, „chropowate” czy „postrzępione”. Dodatkowo taniny, które drażnią nasze podniebienie – mogą być delikatne i tworzyć niewidzialną smugę, mogą być bardzo wyraziste i ściągające, pozostawiając za sobą przez czas dłuższy wrażenie nieheblowanej deski.

Niestety czasy mamy takie, że nasze zmysły są nadwyrężane. W związku z tym, że odbierają coraz silniejsze bodźce, potrzebujemy coraz wyraźniejszych sygnałów, aby coś poczuć, zobaczyć czy usłyszeć. Wszechobecna gama kolorów, które albo nie występują w naturze albo są w niej bardzo rzadkie na co dzień miga nam przed oczyma. Nie występujące w przyrodzie materiały, których dotykamy - plastik, o którym pisałem. Słuchawki dokanałowe, zgiełk miast, szum aut i samolotów, świdrująca muzyka w klubach. Nienaturalne smaki podsycone glutaminianem. Zanieczyszczona i skażona żywność (W dopuszczalnej normie rzecz jasna. Jak to w ogóle możliwe, że są normy na dopuszczalną ilość trucizn w pożywieniu?). I zapach wreszcie. Zapach spalin, kurzu który niesie ze sobą niezliczone ilości groźnych i niezidentyfikowanych substancji. Zapach oprysków i środków ochrony roślin, woń chemikaliów, które mają udawać naturę. Pomyślcie przez chwilę ile zapachów na sobie nosicie. Mydło, pasta do zębów, płyn do kąpieli, krem, i inne kosmetyki, dezodorant, perfumy, proszek do prania, płyn do płukania, płyn do mycia naczyń, odświeżacze powietrza, zapachy z kuchni własnej, pobliskiego kebaba czy chińczyka, środki używane do mycia szyb, podłóg, wykładzin, pasta do butów, płyn przeciw komarom i wiele innych. „Bukiet” każdego z nas jest co najmniej tak bogaty jak woń niejednego wina. Z tym, że większość z tych zapachów to substancje chemiczne powstałe w laboratoriach, które  mają imitować zapachy natury. Zielone jabłuszko, cytryna, malina – proszę bardzo, kilka kropel i gotowe. Nasz świat to rewia sztucznych barwników i aromatów. Co gorsza, to też świat naszych dzieci. Być może nigdy nie wąchały na przykład melona, ale znają ten zapach z cukierków. Największym kuriozum w mojej ocenie są zestawy dla, powiedzmy winomanów, które zawierają ponumerowane buteleczki z określonymi zapachami. Każdy jest zdefiniowany i nazwany. Podejrzewam, a wręcz bliski jestem pewności, że przynajmniej część tych zapachów nie powstała naturalnie. Oczywiście, to teoretycznie te same substancje, które zawarte są w materiale źródłowym, ale weźmy na przykład takie pierwsze z brzegu jabłko. W buteleczce jest jeden zapach jabłka, a przecież każda odmiana będzie mieć inny aromat. Ba nawet ten sam owoc w różnym stopniu dojrzewania będzie miał różną woń. Upraszczanie sprawy nie jest dobrym pomysłem.

Dlatego moi drodzy wąchajcie, wąchajcie wszystkie naturalne rzeczy, które spotkanie na swej drodze. Owoce, warzywa, liście, kwiaty. Przy codziennych zakupach, spacerze, gotowaniu. Poszukujcie zapachów natury. Róbcie „wycieczki olfaktoryczne" do miejsc, gdzie jeszcze nie dotarły zapachy wielkich aglomeracji. Uczcie się sami i uczcie potomków zapachów. Wszak to istotna część otaczającego nas świata. Podobno wspomnienia zapachowe są najtrwalsze. Kiedy zanikną już z pamięci obrazy i dźwięki, woń zawsze przypomni historyczne chwile. Ja to tej pory pamiętam zapach chleba z piekarni, którą mijałem co dzień w drodze do szkoły. Zapach świeżo skoszonej łąki, ziemniaków gotowanych w mundurkach, obiadu, który czuć było już na podwórku. Wy na pewno też macie takie wspomnienia. Chcecie, żeby Wasze dzieci pamiętały właśnie takie zapachy, czy sztucznie wytworzone aromaty

I tu dochodzimy do głównego zagadnienia. Po takim treningu zapachowym dużo łatwiej będzie Wam rozróżniać niuanse zawarte w bukietach winnych. W każdym kieliszku kryje się wiele zapachów. Są te dominujące, są i ulotne, wyczuwalne przez krótką chwilę. Wino może pachnieć owocami, warzywami, chlebem, piwem, skórą, gumą, asfaltem, jego zapach może przypominać liście, przyprawy i wiele innych ciekawych porównań, które przyjdą nam do głowy. Każde z nas odkryje tez cos innego, szczególnego, bo każdy trochę inaczej odbiera i przetwarza zapachy. Oczywiście starajcie się zachować zdrowy rozsądek i nie zagalopować w tych interpretacjach. Zapach każdy nazwie inaczej, ale znane mi są przypadki win o aromatach „mokrego kamienia”, „starego siodła” (ciekawe czy od strony jeźdźca czy konia?) lub „kociego moczu” – tego ostatniego sam używam, najczęściej w przypadku Nowej Zelandii i to nie jest określenie pejoratywne. Wąchajcie zatem zawartość kieliszków. W różnej temperaturze i różnym stopniu napowietrzenia. Poczujcie jak wino się otwiera, jak pręży muskuły i jak gaśnie powoli przy nadmiernym kontakcie z powietrzem. Zostawcie resztkę w butelce i powąchajcie na drugi, trzeci dzień. Wąchajcie opróżnione kieliszki i podziwiajcie jak zmieniają się nuty zapachowe – będziecie w ten sposób w stanie ocenić długowieczność wina i potencjał jego starzenia. Nosy w kieliszki moi drodzy. Tylko pozbądźcie się najpierw jak największej ilości obcych zapachów. Wywietrzcie pomieszczenie, nie używajcie perfum, nie jedzcie intensywnie pachnących potraw przed degustacją. Pozwólcie winu grać pierwsze skrzypce, a znajdziecie w nim więcej niż moglibyście się spodziewać. Praktyka czyni mistrza.

Następny wpis Poprzedni wpis

Autor

Witajcie

Mam na imię Piotr. Wino jest moją pasją. Między innymi z tego powodu zdecydowałem się rozpocząć pisanie bloga. Przyczyn mojej publicznej grafomanii jest więcej i część z nich na pewno wyczytacie między wierszami kolejnych wpisów do czego gorąco zachęcam. Będzie mi niezmiernie miło.