Widziałem orła cień...

Niedawno pisałem o cenach i dziś poniekąd będę kontynuował ten temat ale w trochę innym aspekcie. Nie wiem czy wiecie, ale najdroższa butelka wina na świecie nie była własnością Tomasa Jeffersona, nie przeleżała stu lat pod wodą w ładowniach Titanika, nie pochodzi z nad Żyrondy, nie jest to też szampan ani żadne inne wino z Europy, choć nawiązuje do najszlachetniejszych Bordeaux. Trunek ten powstał na przełomie XX i XXI wieku w Kalifornii. Robert Parker przyznał mu 99 punktów, co pozwala przypuszczać, że jego jakość jest bardzo wysoka. Rocznie produkuje się go nie więcej niż 10 000 butelek a średnio za flaszkę trzeba zapłacić prawie 3 000 dolarów amerykańskich. Niemniej jednak jedna z butelek tego trunku osiągnęła cenę pół miliona dolarów. Oczywiście cel sprzedaży był szczytny, charytatywny, nie zmienia to jednak faktu, że to najdrożej sprzedana butelka wina na świecie. Tego wina nie można kupić w żadnym sklepie, nie ma także opcji zwiedzenia winnicy. Jedyne co można zrobić to zapisać się na listę oczekujących i liczyć na szczęście, że po pewnym czasie zostanie się przeniesionym na drugą listę aktywnych użytkowników, którzy mają prawo do zakupu. Nie ma żadnych informacji o cenach ani terminach oczekiwania. Co ciekawe, każda butelka posiada specjalny kod identyfikacyjny, który możemy potwierdzić na stronie producenta, aby uzyskać pewność, że jej zawartość jest oryginalna.

Z jednej strony zrozumiały wydaje się fakt, że przy tak ograniczonej produkcji i wysokiej jakości wina, jest zdecydowanie więcej chętnych niż flaszek. Z drugiej jednak trochę się we mnie gotuje, bo poważne wina z Bordeaux, które wcale nie ustępują ceną rzeczonemu, można nabyć bez kłopotu w Internecie. Jest to zatem chwyt marketingowy czy enklawa wysokiej jakości, której autorzy są wierni? Prawda leży pewnie gdzieś po środku. Przecież producent mógłby zwiększyć areał gospodarstwa z obecnych niespełna 20 hektarów nawet do 100 ha i podejrzewam, że trunek sprzedawałby się w podobnych cenach, tylko czy byłby równie elitarny? Za jakiś czas ocalałe flasze z pierwszych roczników osiągać będą pewnie na aukcjach znacznie wyższe wartości. Czy zatem zakup takiego wina byłby dobrą inwestycją? Na pewno tak. Gdyby butelek było więcej na rynku, to wartość ich we wtórnym obrocie nie rosła by tak szybko. Tak moi drodzy. Wino to niezła inwestycja. W Londynie jest giełda, na której są co dzień wyceniane niektóre butelki i traktuje je się podobnie jak złoto czy platynę. Są ludzie, którzy przy pomocy specjalistów budują kolekcje win, które za jakiś czas mają zwielokrotnić swoją wartość. Temat ten rozwinę może przy innej okazji, dziś zaś skupmy się na przyczynie amerykańskiego sukcesu.

Niewątpliwie jest nim miejsce winiarstwa z Kalifornii na świecie, chociaż winorośl uprawia się we wszystkich stanach za wyjątkiem Alaski. Można się spierać ile w nim reklamy, ile jakości a ile ciężkiej pracy, ale wina z USA systematycznie zdobywają rynek, już nie tylko lokalny (który jest przecież potężny) ale także światowy. Mają co najmniej tylu krytyków co entuzjastów, budzą sprzeczne emocje. Prowokują, czasem są wręcz wulgarne i obrazoburcze ale systematycznie prą naprzód. Stoją na półce już bez kompleksów obok europejskich klasyków. Szkoda tylko, że tak mało najpotężniejszych win z USA można kupić w Europie. Sam jestem strasznym konserwatystą, ale nie mam nic przeciwko regułom wolnego rynku. Jeśli zdobędą entuzjastów to niech wypierają nawet największych. W końcu to wino jest dla ludzi a nie odwrotnie. Jeśli chcą sadzić furminta i semilion i robić wina botrytyzowane proszę bardzo. Jeśli chcą, żeby sangiovese dojrzewało krócej ale w nowych barrique, droga wolna, prawdę o winie i tak zawsze znajdziemy w kieliszku. Nie ma się co na nich boczyć, że przechrzcili włoskie primitivo, bo sukces (mierzony ilością sprzedanych butelek i rozpoznawalnością) jaki odniósł zinfandel jest godny podziwu.

Moim skromnym zdaniem Kalifornia to idealne miejsce dla merlota. Te wina po prostu urzekają swoją lekkością i zwiewnością przy równocześnie silnej strukturze i krągłym ciele. Być może jednak nie tylko ten szczep udaje się tam wyśmienicie. Jednak wino uprawia się nie tylko na zachodnim wybrzeżu. W środkowych stanach czy na wchodzie powstają kolejne projekty, a moim zdaniem największe skarby nie zostały jeszcze odkryte…

W 1803 roku Stany Zjednoczone zakupiły od Francji Luizjanę, co do niedawna kojarzyło mi się wyłącznie z Nowym Orleanem i jednym stanem, który był stolicą kolonii, gdzie Missisipi deltą wpada do Zatoki Meksykańskiej (o ja naiwny i niedouczony). Tymczasem transakcja ta obejmowała blisko jedną czwartą obecnej powierzchni USA. Tereny nią objęte ciągnęły się od obecnej granicy z Kanadą aż do Nowego Orleanu, zajmując praktycznie całe dorzecze Missisipi. Czyżby Francuzi sprzedali je, bo nie stanowiły potencjału do produkcji wina? A może kierunki ich kolonizacji były wprost związane z ekspansją upraw właśnie? Małą mam wiedzę na temat geologii i klimatu stanów, ale same powyższe fakty dają wiele do myślenia. Czy czwarta najdłuższa rzeka świata mogłaby by stać się tym dla Amerykanów, czym dla Europy jest Dunaj? Muszę popytać specjalistów, co o tym sądzą.

Wracając jednak do północnoamerykańskich win. Obserwuję je w miarę możliwości z nieukrywaną ciekawością i sam nie mam wyrobionej opinii na ich temat, głównie z powodu małej ilości reprezentatywnych próbek. Wina te odnoszą sukcesy, zbierają dobre opinie i wysokie noty. Producenci i dystrybutorzy czerpiąc z innych gałęzi biznesu, budują wokół nich bardzo konkretny model biznesowy, który może budzić wątpliwości czy zastrzeżenia ale działa i przynosi efekty. Może nie trzeba go kopiować, a zainspirować się i dać konkretną odpowiedź ze starego świata. Oni nie mają zbyt wielu ograniczeń ale nie mają też tradycji, zatem szanse wydają się wyrównane.

No i dochodzimy do sedna sprawy. Niekwestionowanym liderem sprzedaży na polskim rynku wina są flasze z USA właśnie. Obiły mi się o uszy dane, że to 11 000 000 butelek (słownie jedenaście milionów) rocznie. To oznacza, że statystycznie co trzeci dorosły rodak wypija przynajmniej jedną butelkę tego trunku w roku. Jeśli dodamy do tego wina z Bułgarii, do których starszym pokoleniom został sentyment po czasach słusznie minionych, to wyjdzie, że te dwa kraje to zdecydowana większość rodzimej konsumpcji.

Z jednej strony cieszy mnie fakt, że Polacy spożywają coraz więcej wina, z drugiej jednak martwi, że nie przykładają należytej staranności, co do wyboru trunków, jakimi się raczą. Jak pisałem wcześniej, sam te wina pijałem, bo to naturalna kolej rzeczy – są najbardziej dostępne, stosunkowo niedrogie i rozpoznawalne, jednak dla mnie były tylko przejściowym etapem w poszukiwaniach. Tymczasem według statystyk można dojść do wniosku, że wielu rodaków konsumuje właśnie te trunki, za nic sobie mając wina francuskie, włoskie, niemieckie, węgierskie, australijskie czy południowoamerykańskie, które wcale nie muszą być droższe od rzeczonych, a jakością w znakomitej większości będą nad nimi górować. Gdzie leży przyczyna takiego stanu rzeczy?

Nie czas na szukanie winnych, chociaż mam na to wielką ochotę. Czas na wnioski i działania. Jako samozwańczy apostoł winny wszystkim udzielam bachicznego rozgrzeszenia za dotychczas wypite popularne trunki niskiej jakości J Pisząc te teksty daję Wam przysłowiową wędkę a nie rybę, abyście mogli świadomie wybierać wina, jakimi się raczycie. Ze wszech sił staram się wzbudzić zainteresowanie tematem, wskazać kierunki i możliwości, aby Wasze poszukiwania nie były błądzeniem we mgle a przygodą, której kolejnego etapu nie możecie się doczekać. Kto po przeczytaniu tego tekstu sięgnie ponownie po wymienione wina, niech pije je na wieki i będzie to dla niego najodpowiedniejsza kara. Szukajcie ciekawych butelek, pijcie i nie grzeszcie więcej :).

Następny wpis Poprzedni wpis

Autor

Witajcie

Mam na imię Piotr. Wino jest moją pasją. Między innymi z tego powodu zdecydowałem się rozpocząć pisanie bloga. Przyczyn mojej publicznej grafomanii jest więcej i część z nich na pewno wyczytacie między wierszami kolejnych wpisów do czego gorąco zachęcam. Będzie mi niezmiernie miło.