Prosecco. O food truckach, bulwarach, otwartym sezonie, Warszafce i Krakowie z przymrużeniem oka.

Inspiracją dla dzisiejszego wpisu była wizyta na otwarciu sezonu food trucków w Warszawie. Na błoniach Narodowego można było skosztować różności z całego świata. Długo trzeba było szukać hot dogów, za to były raki, ozorki, wątróbki, ślimaki, kuchnia węgierska, indyjska, rosyjska… Na jeden dzień zapomniałem o diecie. Było warto.

Ku mojemu zdziwieniu można było nabyć nawet wino. Co prawda w plastiku, ale było. Prosecco. To z kolei skierowało moje myśli wprost na bulwary wiślane, gdzie w letnie piątkowe (i nie tylko) popołudnia zjeżdżają knajpy na kółkach, a zmęczeni tygodniem ciężkiej pracy (w Mordorze) Warszawiacy (niektórzy jeszcze w strojach służbowych) udają się nad Wisłę poobcować z naturą, ze sobą nawzajem, zjeść kolację z takiej budki i alkoholizować się rzecz jasna.

Od niedawna śmielej mogą to robić poza wytyczonymi miejscami, bo głośno zrobiło się o wyroku sądu, który anulował mandat człowiekowi ukaranemu za picie piwa na bulwarach. Jak do tego odniosą się strażnicy miejscy i policja? Pożyjemy, zobaczymy.

Wracając jednak do kwestii najważniejszych. Otóż dwa lata temu w tych pięknych bulwarowych okolicznościach przyrody funkcjonował wine bar z pijalnymi winami we w miarę przystępnych cenach oczywiście serwujący wino z plastiku. W ubiegłym roku niestety już go nie było. Biedakowi, który zwykł był spędzać czerwcowe popołudnia ze spoconym kieliszkiem wina pozostał niewielki wybór. Albo flaszka pod pachę i nerwowe rozglądanie się czy czasem ktoś nie sprawdza albo oferta pozostałych lokali. A tam co? Wino białe i czerwone. Jak barman zna kraj pochodzenia wina i wie czy jest wytrawne czy półwytrawne to jest gościem mocno przygotowanym do pracy i jednym z nielicznych. Za zimne, za ciepłe, kiepskiej jakości i rzecz jasna na rose nie mamy żadnych szans, no chyba, że na pobliskiej stacji benzynowej (w piątki i soboty przechodzi oblężenie) zakupimy najpopularniejsze w kraju butelki z Kalifornii.

W tym tunelu jest jednak pewne światełko. Otóż wiele knajp serwuje prosecco. Jest to zjawisko dla mnie niepojęte i dostrzeżone wyłącznie na bulwarach w Warszawie. Nie sposób też mi go jednoznacznie ocenić. Faktem jest, że nadwiślańską warszawską świecką tradycją jest wino musujące z Włoch, raczej tańsze, często sprzedawane wprost z beczki. Dlaczego akurat na nie padło? Pojęcia nie mam. Nie pasuje do jedzenia, które jest serwowane (Fast food z aspiracjami) i ogólnie trudno dociec jakim sposobem znalazło się na bulwarach. Jest sprzedawane na porcje i cieszy się sporą popularnością.  Stało się modne, chwyciło. Nie przypuszczam, by była to jaskółka zwiastująca winną wiosnę nad Wisłą, jednak każdy kieliszek (nawet plastikowy) wina wypity przez rodaków zamiast swojskiego browarka cieszy mnie niezmiernie.

A jeśli już przy Warszafce jesteśmy… Przeczytałem ostatnio tekst blogera, który gloryfikuje Warszawę jako miasto najlepszych winnych degustacji, sklepów i wine barów. Ja co prawda Warszawiakiem nie jestem (tylko się tam urodziłem), na degustacje komentowane chodzę rzadko, ale zdanie mam zgoła odmienne nie w kwestii samych degustacji ale ogólnie pojętej kultury winnej.. Dla mnie polską stolicą wina Kraków jest i basta. W Krakowie wino się pije a w stolicy pija. Na południu traktuje się je jako element codziennego posiłku, w centrum się je elitaryzuje. Można oczywiście tłumaczyć to brakiem wyrywności Krakusów do zakupów droższych butelek J, ale mnie to nie przekona. Nie raz miałem przyjemność kosztować wina w obu miastach, zarówno prostego jak i wykwintnego, również na degustacjach i powiem Wam jedno znacznie generalizując własne subiektywne odczucia. W Warszawie pije się i degustuje w sposób powściągliwy, poważny – na sztywno, wręcz na pokaz. W Warszawie są wine bary, w Krakowie winiarnie, w których można z kieliszkiem wygodnie usiąść, pogwarzyć i cieszyć się chwilą. Krakowskie sklepy specjalistyczne i lokale gastronomiczne też nie mają się czego wstydzić. A dla mnie jest prosty wyznacznik. W stolicy jest prosecco z plastiku, w Krakowie Furmint, Blaufrankisch i Riesling są serwowane w karafkach praktycznie w każdej knajpie. W Krakowie jest Turnau i Sikorowski, w Warszawie Duda i Ziobro.

Mimo tego proszę „Nie przenoście nam stolicy do Krakowa…” niech w nim wino pozostanie jakie jest :), bo wino robi się na polu. I tak sobie myślę, że często trzeba „na pole” wychodzić, żeby wino wyszło dobre… 

Następny wpis Poprzedni wpis

Autor

Witajcie

Mam na imię Piotr. Wino jest moją pasją. Między innymi z tego powodu zdecydowałem się rozpocząć pisanie bloga. Przyczyn mojej publicznej grafomanii jest więcej i część z nich na pewno wyczytacie między wierszami kolejnych wpisów do czego gorąco zachęcam. Będzie mi niezmiernie miło.