President of the USA

Air Force One pewnie nigdy nie polecę, „bestią” raczej nie będę jeździł, nikt nie da mi też kodów do broni atomowej, jednak wbrew wszelkiej logice postanowiłem poczuć się jak prezydent USA. Żeby zrobić nastrój kombinowałem nawet z samoopalaczem, ale do Obamy mi za daleko a żeby upodobnić się do Trumpa musiałbym tlenić włosy– odpuściłem. W te pędy pobiegłem do sklepu i nabyłem butelkę polskiego wina, które serwowane było na szczycie NATO między innymi dla prezydenta Obamy. W karcie wina były trzy, ja zdobyłem póki co jedno z nich, ale nie można mieć wszystkiego. Doprowadziłem je do odpowiedniej temperatury i wieczorem przypuściłem atak. Wobec polskich win jestem strasznie krytyczny, bo zależy mi, żeby trunki z nad Wisły osiągały wysoki poziom. Zdecydowanie wolałbym robić zapasy win codziennych u rodzimych winiarzy niż na Morawach. Z marsem na czole spojrzałem na butelkę. Etykieta ładna, skromna i nie krzykliwa, dobrze pomyślana. Butelka wskazywałaby na ambitną zawartość (w mojej ocenie nie pasuje do wina), korek klejony ale niezłej jakości (dalej marudzę w myślach), wyszedł gładko i w całości, a co najważniejsze w nienagannej kondycji (no ale to rocznik 2015 niedawno butelkowany – niewielkie osiągnięcie – narzekam sam do siebie). Leję. Wino w kieliszku zaczyna się lekko pienić, pojawia się gaz – no to już Was mam pomyślałem sobie, fermentacja malolaktyczna w butelce ruszyła, wino nie jest stabilne. Jednak po chwili gaz się ulotnił jak sen jaki złoty. Przykładam ucho do kieliszka z nadzieją, że usłyszę jednak „pykanie” ale cisza, a szkoda, bo mogłoby być frizzante.  Następnie zaczynam wytężać wzrok i szukać dziury w całym ale o dziwo wino jest klarowne, ładnie połyskuje, żółto zielonkawe – nic niezwykłego, wszystko na swoim miejscu. Wtykam zatem nos w kieliszek i węszę podstęp. No chyba dziś jestem w gorszej formie, wino pachnie normalnie. Na kolana aromatami nie rzuca ale w nosie jest rześkie i delikatne. Dopiero po długim kontakcie z powietrzem i przy podwyższonej temperaturze zaczynają się pojawiać mniej ciekawe nuty, ale to zupełnie nie przeszkadza w standardowej konsumpcji. To ja daję winu „ścieżkę zdrowia”, z uwagi na wysokie wymagania, o których było powyżej. Po delikatnym napowietrzeniu wino się nieznacznie otwiera, ale to nie muskat czy gewurz, nie wymagam od niego aż tyle. No to teraz pokaż kotku co masz w środku. Próbuję z rezerwą (w myślach obawy, że rano będzie głowa bolała od tych mieszańców). Coś z tym winem jest nie tak – nie czuć  osadu drożdżowego, nie wykrzywia, jest gładkie, w miarę poukładane, orzeźwiające. Pierwsze skojarzenie – dolać wody, kilka listków mięty, trochę lodu i na plażę. Robię takie doświadczenie (oprócz plaży rzecz jasna) i … miałem rację, jest nieźle. Normalnie pijalne wino z Polski i to z hybrydy – a nastawiony byłem na krytykę, co ja biedny pocznę? Niewiele takich miałem okazję kosztować. Co prawda z pod kołderki cukru na końcu wystają nóżki wybujałej kwasowości, troszkę brak mu ciałka i glicerolu, trzeci nos pozostawia sporo do życzenia ale zrzucam to na karb młodości krzewów i ciągłego jeszcze poznawania siedliska. Po jakimś czasie kwasowość troszkę męczy, ale z wodą i miętą albo do odpowiedniego posiłku… Nie, żebym sugerował, że polskie wina należałoby kosztować z mniej lub bardziej tradycyjną zakąską ale w tym wypadku z odpowiednim jedzeniem powinno się lepiej prezentować.  Ja bym go na salony nie rekomendował, ale na upalne niedzielne popołudnie z gronie znajomych przy obiedzie jak najbardziej, tylko ta cena… ale o tym innym razem. 

Nabyłem drugą butelkę (już nie z menu szczytu) od tego producenta i również zrobiła na mnie wrażenie i to zdecydowanie większe. Co prawda według mnie z innych odmian takie rzeczy winno się tworzyć ale efekt jest ciekawy. Rękę dałbym sobie uciąć, że grona były częściowo porażone szlachetną pleśnią lub fermentowane na naturalnych drożdżach, chociaż na stronie producenta nie ma o tym mowy. To tłumaczy trochę dlaczego akurat ta odmiana (najwcześniej dojrzewa) i być może krzaki były przeciążone (o co przy tym nietrudno), więc trzeba było coś na to poradzić ale to tylko moje przypuszczenia. Nie ma w niej klasycznych aromatów za to jest botrytis. Jest więcej ciała, są krągłości, jest przede wszystkim okiełznany kwas i pomysł. Odporność wina na utlenianie i konsekwencja aromatów dają wiele do myślenia. W tym trunku oczywiście też można doszukiwać się niedociągnięć, jednak pomysł i wykonanie są na tyle przekonujące, że odpuszczę sobie tym razem.

W zawartości obu butelek czuć fachową rękę. Czuć świadomość niedoskonałości surowca i pomysł jak temu zaradzić, jak wykorzystać zalety a ukryć wady. Nieprzychylni mogą twierdzić, że wina są za bardzo „niemieckie”. Moim zdaniem to rozsądny kierunek na początek, zwłaszcza dla takiej lokalizacji. Panie i Panowie kurs obrany przez Was w mojej ocenie jest bardzo ciekawy i obiecujący, trzymam kciuki za kolejne roczniki. Błagam tylko nie osiadajcie na laurach i poszukujcie polskiego smaku.

To jest właśnie magia wina – zawartość butelki może nas zanieść do gabinetu owalnego, na słoneczne plaże pod palmami, nad jezioro, rzekę, w wysokie góry czy wielkie równiny. Na wyspę, wulkan, królewskie salony czy do zadymionej knajpy. W jednej chwili możemy poczuć się jak najwięksi tego świata, bo wobec wina wszyscy jesteśmy równi (ależ to zabrzmiało ). Zachęcam do takich podróży. Postaram się Was inspirować i co czas jakiś zabierać ze sobą. 

No i stało się – ciepłe słowa z moich ust o polskim winie i to nie z vinifery. Sam nie mogę w to uwierzyć. Nie sposób przejść jednak obojętnie obok takich efektów ciężkiej i świadomej pracy. Pozostaję jednak czujny i na pewno jeszcze trafi się okazja „pojeździć” po jakiejś rodzimej butelce. Właśnie. Może się przy okazji trochę się wytłumaczę. Nie jest według mnie grzechem popełniać błędy i robić wina nie do końca udane – to najcenniejsza ale i kosztowna nauka. Grzechem jest te wina butelkować, naklejać znaki akcyzy i dystrybuować. Na takich winach nie zostawię suchej nitki. Co prawda nie podaję nazw, producentów, roczników czy szczepów ale wprawny winoman powinien i tak poradzić sobie z identyfikacją. Za chwilę kolejny rocznik. Trzymam kciuki i życzę powodzenia. Będę Wam zaglądał … do butelek.

Następny wpis Poprzedni wpis

Autor

Witajcie

Mam na imię Piotr. Wino jest moją pasją. Między innymi z tego powodu zdecydowałem się rozpocząć pisanie bloga. Przyczyn mojej publicznej grafomanii jest więcej i część z nich na pewno wyczytacie między wierszami kolejnych wpisów do czego gorąco zachęcam. Będzie mi niezmiernie miło.