Naked ape - małpa wodna

Istnieje hipoteza, która zakłada, że człowiek (jedyna małpa bez futra) po drodze z drzewa na sawannę miał „epizod” związany ze środowiskiem wodnym. Jest sporo poszlak, które mogą to potwierdzać. Wszystkie nasze włosy rosną w jednym kierunku, rolę izolatora pełni u nas tłuszczowa tkanka podskórna jak u ssaków wodnych, po dłuższym pobycie w wodzie opuszki palców stają się pomarszczone, co ma ułatwić przyczepność/chwyt, a w ciepłej słonej wodzie relaksujemy się bardzo dobrze. Wszystkie powyższe budzą oburzenie wśród naukowców, jednak dają wiele do myślenia. Zainteresowani znajdą mnóstwo informacji w sieci razem z odniesieniami do poważniejszych lektur.  Ja dziś chciałbym się zatrzymać na jednym aspekcie, który jest bezsporny i dość bliski mojemu sercu.

Bezapelacyjnie w jednej płaszczyźnie historyczny kontakt człowieka z wodą wywarł ogromny wpływ na rozwój gatunku, ponieważ wiązał się z poszerzeniem diety. Wyłowione z wody zwierzęta i rośliny są zawsze świeże, nie zakażone i nadające się w znakomitej większości do spożycia na surowo. Zawarte w nich mikroelementy, nienasycone kwasy tłuszczowe oraz lekko strawne i łatwo przyswajalne białko w zdecydowanej mierze pozwoliły na rozwój ludzkiego układu nerwowego. Postęp ten spowodował z kolei, że ludzie byli coraz bardziej skuteczni w pozyskiwaniu pożywienia z wody i jedno zaczęło napędzać drugie. Trudno doszukiwać się jednoznacznych dowodów naukowych, ale niełatwo też wprost podważyć teorię, że ludzi od małp odróżniła właśnie dieta i to konkretna, zawierająca ryby i owoce morza. To jej w znacznej części zawdzięczają swą długowieczność mieszkańcy Okinawy. Nie bez przyczyny pozostaje też fakt, zachodnia cywilizacja rozwijała się w basenie Morza Śródziemnego, czego pozostałością jest dieta śródziemnomorka czy zjawisko nazwane francuskim paradoksem.

Nasuwa mi się ciekawe spostrzeżenie, że kultura wschodu i zachodu różni się pod wieloma aspektami jak również i tym, że w Azji do niedawna nie było wina… Na szczęście starają się to nadrobić z godnym podziwu zapałem i trochę wbrew naturze, która nie wykształciła u nich enzymów odpowiedzialnych za utylizację alkoholu w organizmie. Można też powiedzieć, że Europejczycy wino mają we krwi. Ładnie i naukowo nazywa się to teorią atawizmu metabolicznego,  a upraszczając, sprowadza się do faktu, że mamy większą tolerancję na alkohol niż Azjaci, Indianie czy rdzenni mieszkańcy Czarnego Lądu, co poniekąd ułatwiło kolonizację ale o tym innym razem.

Wracając do diety z dużą dozą prawdopodobieństwa można postawić założenie, że zanim ludzie nauczyli się polować, pozyskiwali pożywienie zbierając je na swej drodze. Musieli się przemieszczać, żeby poszerzać zakres poszukiwań. W pewnym momencie musieli trafić na plażę, gdzie kończyła się dżungla a morze dostarczało bezpiecznego i sycącego pożywienia. Mogli zatem zmienić tryb życia na bardziej osiadły, a to wiąże się z początkami budownictwa, społeczeństwa czy polowaniem.  Oczywiście w dużym skrócie, za który niejeden antropolog posłał by mi kilka ciepłych słów :).

Pokarm, którym darzy nas woda jest bezwzględnie związany z rozwojem ludzkiego gatunku i przyczynił się do naszego „panowania” nad światem. Dziś ryby i owoce morza mają nie mniejsze znaczenie dla ludzkości. Pożywienie to stale przebywa w najskuteczniejszym rozpuszczalniku na świecie – w wodzie, a co za tym idzie jest w znacznej części :wypłukane” ze szkodliwych substancji wszechobecnych w środowisku. Niezmiennie jest to pożywienie wysokiej jakości z mnóstwem składników trudnych do zastąpienia. Akwakultury to  najskuteczniejsze remedium na niedobory żywności na świecie, a morza i oceany to ogromna przestrzeń, którą człowiek może wykorzystać w celach mieszkalnych czy rolniczych. Chyba szybciej ogrodzimy siatką oceany niż wyhodujemy marchew na Marsie :).

Morzom i oceanom zawdzięczamy poniekąd to, kim jesteśmy. Dzięki temu nauczyliśmy się hodowli ryb słonowodnych, co ma ogromne znacznie, bo za czas jakiś mogą się one stać dla nas głównym źródłem pożywienia. Są jednak pewne aspekty całego tego przedsięwzięcia, z którymi trudno się pogodzić. Do wyprodukowania JEDNEGO KILOGRAMA wszechobecnego łososia potrzeba nawet SIEDMIU KILOGRAMÓW dziko żyjących ryb, które przerabia się na paszę zużywając paliwo i produkując CO2, zużywając ogromne ilości antybiotyków i zanieczyszczając środowisko naturalne.  Jakość tak wyprodukowanego pożywienia jest mocno wątpliwa, a skutki jej spożywania w dłuższej perspektywie niezbadane.

Pozostawiając na chwilę z boku aspekty ekologii i etyki skupmy się na winie. Co to ma wspólnego zapytacie? Otóż bez względu na to jaka będzie jakość żywności kolejnych pokoleń, pewnym jest, że konsumpcja będzie się zwiększać. W związku z ograniczonymi możliwościami zwiększania produkcji mięsa czerwonego, będzie musiał następować wzrost spożycia białego mięsa, ryb, owoców morza i owadów (tak, to również doskonałe źródło białka) a wraz tą konsumpcją zwiększy się ilość wypijanego wina, odpowiedniego do rodzaju posiłku i klimatu.

Mamy niedobory żywności a nadprodukcję wina. Jak to możliwe? Oczywiście powstają nowe winnice ale i nowe gospodarstwa, przybywa też konsumentów, którzy powinni przynajmniej równoważyć podaż i popyt. Oczywiście żywność produkuje się bardziej lokalnie, więc  nie bez znaczenia są kwestie logistyczne, jednak śmiem twierdzić, że za to zagadnienie nadprodukcji odpowiada przynajmniej w części fakt, że na świecie produkuje się nie tyle za dużo wina ile nie takiego jakie mogło by się sprzedać. Generalizując – klimat się ociepla, dieta i tryb życia ludzi się  zmienia, a co za tym idzie potrzeby i upodobania. Produkcja czerwonych win będzie co roku oddawać pole winom białym tak jak Europa zmniejsza swój udział w światowym rynku wina. Sprawa niestety nie jest prosta, bo to w końcu potężny biznes, za którym stoją niemałe pieniądze, z którymi beneficjenci niechętnie się rozstaną.

Historycznie popularność swą wina czerwone zawdzięczają temu, że są trwalsze, bardziej stabilne i z wiekiem nabierają głębi, którą podnosi jeszcze drewniana beczka. Działania marketingowe ostatnich dziesięcioleci wykorzystuję te prawdy, elitaryzując pieczołowicie przygotowywane wina czerwone i wynosząc ich ceny na wyżyny. Tymczasem białe i różowe są traktowane raczej z mniejszą estymą. To stereotypy, jednak wiele osób, które o winie nie wiedzą wiele taktuje je jek prawdy objawione. Producentom w to graj, bo takie wina przynoszą znacznie większe zyski, jednak każdy kij ma dwa końce. Ambitne czerwone wina są trudniejsze w odbiorze, bardziej wymagające i nie wszyscy muszą do nich dorosnąć, tak jak nie każdy, kto lubi słuchać muzyki musi rozwodzić się nad klasycznymi kompozycjami.

Białe są mniej zobowiązujące, weselsze i bardziej codzienne. Różowe to już zupełnie na luzie, ich kolor powoduje, że nie muszą być traktowane poważnie.  Oczywiście są wśród nich trunki aspirujące do konsumpcji „salonowej” jak chociażby szampany czy Chablis, ale to tylko wyjątki regułę potwierdzające. W mniejszej popularności win białych nie bez znaczenia pozostaje geografia. Produkuje się je w rejonach chłodniejszych, gdzie tradycja nie jest tak bogata i ciągle jeszcze trwa faza eksperymentów, zatem sława ich jeszcze nie wyprzedza. Ceny są bardziej przystępne a to z kolei nie pozwala winiarzom na zbytnią ekstrawagancję produkcyjną, dzięki czemu są w miarę powtarzalne i przewidywalne, co w tym wypadku nie jest wadą. Naturalną rzeczą wydaje się, że konsumpcja win białych powinna każdego roku rosnąć, co niekoniecznie musi wpływać na spadek sprzedaży win czerwonych.

Będziemy jeść więcej ryb, pić więcej wina i żyć coraz dłużej, co jest wspaniałą wiadomością. Obawiam się jednak, że w dużej części to tylko teoria. 

Następny wpis Poprzedni wpis

Autor

Witajcie

Mam na imię Piotr. Wino jest moją pasją. Między innymi z tego powodu zdecydowałem się rozpocząć pisanie bloga. Przyczyn mojej publicznej grafomanii jest więcej i część z nich na pewno wyczytacie między wierszami kolejnych wpisów do czego gorąco zachęcam. Będzie mi niezmiernie miło.