My chcemy grać w zielone…

Dziś chciałbym skupić się na temacie EKO. Jak zwykle trochę faktów i subiektywnych ocen. No ale po kolei.  Ekologia to nauka badająca przyrodę ale utarło się używać tego słowa w stosunku do produktów pochodzących z gospodarstw posiadających certyfikat rolnictwa ekologicznego. W dużym skrócie chodzi o ograniczanie stosowania nawozów sztucznych i pestycydów na rzecz bliższej harmonii z naturą. Rolnicy tacy korzystają z wielopokoleniowej spuścizny sprzed ery mechanizacji i świadomie godzą się na mniejsze plony i większe ryzyko wszelkiej maści patogenów w uprawach. Jedni wykorzystują znaczek zielonego listka jako chwyt marketingowy, inni są bardzo zaangażowani w sprawę i tworzą permakultury na wzór warunków naturalnych. W rolnictwie tym występuje dość duża swoboda. Mamy stosunkowo ubogie piśmiennictwo i krótkie tradycje. W związku z powyższym jest wiele własnych interpretacji, technik i kierunków upraw. Oczywiście są zasady, których należy przestrzegać, aby certyfikat otrzymać i utrzymać, jednak określają one wyłącznie podstawowe kwestie.  Nie będę zanudzał Was płodozmianami, poplonami czy naturalnymi środkami ochrony roślin. Przejdziemy do interesującego nas wszystkich punktu widzenia, czyli konsumenta.

Wczoraj znowu robiłem zakupy na targu. Patrzę – pusto jakoś, więc pytam się Pana, od którego kupuję warzywa od lat, o co chodzi? Pan mi na to, że ludziom nie chce się marznąć i swoje sprawunki wolą załatwiać w dyskontach (wiem, jestem na tym punkcie przeczulony) i zaczyna mi opowiadać, jak to przed chwilą była u niego starsza Pani po marchew. Chłopina wije się i tłumaczy, że nie umyta, żeby właściwości odżywcze zachowała, że plamki na skórce, bo nie pryskana tylko na Emach, że nierówna bo nawożona naturalnie… Klientka marchwi nie kupiła a Pan stwierdził, że już mu się przestaje chcieć tłumaczyć takie rzeczy.

Już pisałem o tym, że jesteśmy tym co jemy i jakość naszych pokarmów ma ogromne znaczenie. Jakość rozumiana nie jako ładne, czyste i równiutkie jabłuszka ale wolne od substancji niebezpiecznych i naturalne z łatwo przyswajalnymi witaminami i minerałami.  Jeszcze raz powtórzę – wysoce przetworzona i niskiej jakości żywność niesie za sobą zwiększone ryzyko zachorowań na cukrzycę, miażdżycę czy nadciśnienie tętnicze. Obecny (szybki) tryb życia to tylko katalizator, tak samo jak „czyste” powietrze.

A czym dla mnie jest ekologia? W mojej definicji to raczej styl życia, filozofia, która nie pozwala być obojętnym na pewne zjawiska, a równocześnie pozwala na dokonywanie odpowiednich wyborów w wielu sferach życia. Nie przykuwam się do drzew, nie robię sam tofu i staram się zachować zdrowy rozsądek w swoich działaniach. W młodości każde wakacje spędzałem na wsi. Wiem jak wygląda sałata, ziemniak czy ogórek, które wyrosły naturalnie. (Wiecie, że do tej pory podręczne warzywniaki na własny użytek rolnicy uprawiają z dala od pozostałych plonów „na sprzedaż”?) Znam smak kurczaka, indyka, kaszanki czy schabowego z własnego chowu. Robiłem nie raz chleb, ser czy masło. Moja filozofia nie jest fanaberią, nie biegam po drogich sklepach Eko w galeriach i nie zachwycam się jarmużem czy topinamburem, bo w babcinej okolicy ich nie uprawiano. Ja po prostu szukam smaków i zapachów dzieciństwa. Chrzanu, po którym łzy ciekły i w nosie kręciło dwa razy – w trakcie tarcia i jedzenia. Chleba, którego pieczenie było wielkim wydarzeniem czy placków ziemniaczanych ze swoją śmietaną. Mógłbym tak w nieskończoność…

Żyjemy w ciągłym biegu, nie mamy na nic czasu, a potrzeby ciała i ducha zaspokajamy byle czym. Byle szybciej, skuteczniej, lepiej. Ta „bylejakość” zatacza coraz szersze kręgi. To już nie tylko element żywienia czy rekreacji ale też kultury, sztuki i wielu innych zagadnień. Francuzi, Włosi, Hiszpanie czy Anglicy opierają się temu zwłaszcza w kwestiach żywieniowych. Do nas zaś wraz z kasetami VHS, ortalionem, foliówkami, czapkami z daszkiem i całą modą lat 90tych wpłynęło to zjawisko szeroką rzeką, którym się zachłysnęliśmy i już tak zostało. Przez ćwierć wieku ta bylejakość w szklance i na talerzu zagościła w Polsce na dobre. Ile trzeba mozolnej pracy, aby powrócić do tradycyjnych wartości i czy to w ogóle możliwe? Zaczynam filozofować, przejdźmy zatem do wina :).

Coraz głośniej mówi się o zjawisku Slow Food, co jest budujące, bo podkreśla tradycje i zdrowe zwyczaje żywieniowe, poprawiając jakość spożywanych posiłków. To jest świetne, boję się tylko, że to moda, która może przeminąć, bo zdrowe odżywianie przestanie być trendy w kolejnym sezonie. Poza tym ma ona swoje konsekwencje.  W małym mieście w Polsce łatwiej o pizzę czy kebaba niż o gęsinę. Ja rozumiem, że globalizacja i w ogóle, ale Pan Jachowicz pisał : „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie”.

Wino jest zdecydowanie żywnością, którą produkuje się powoli i pieczołowicie, więc też poniekąd mieści się w tej definicji. Wina bliższe natury przybierają różne nazwy. Są  tradycyjne, ekologiczne, naturalne, organiczne, naturalistyczne, autentyczne i biodynamiczne. Chyba żadnego nie pominąłem. Nie na każdym znajdziecie oznaczenie, że mają certyfikat, jednak większość go posiada. Jestem ich zdecydowanym zwolennikiem. Oczywiście pijam tradycyjnie wyprodukowane trunki i to z ogromną przyjemnością, jednak bliższe mojemu sercu są rozwiązania Eko. To jak na wino bardzo młody trend, bo większość projektów nie przekracza kilkudziesięciu lat, więc nie wszystkie produkty powstające z takiego winiarstwa są idealne. Ba, zdarzają się i to nierzadko wina słabe, bez pomysłu i puste. To choroby wieku dziecięcego, które po prostu muszą wystąpić. Są też wina wielkie w najpotężniejszych apelacjach, które dumnie noszą order zielonego listka na butelkach. Jeśli mam wybór zawsze wolę rozwiązania Eko. Choćby miało to odrobinę więcej kosztować, to mam świadomość, że wspieram ludzi, którzy nie idą drogą na skróty, a poświęcają codzienną ciężką pracę, żeby wyprodukować żywność najwyższej jakości, nawet jeśli organoleptycznie jeszcze czegoś brakuje, to wiem przynajmniej, że w skład trunku nie wchodzi pół tablicy Mendelejewa.

Nie twierdzę jednak, że to jedyny słuszny kierunek i wszyscy rolnicy powinni go obrać, bo nie tędy droga. Ważna jest świadomość konsumentów, bo to od Nas zależy w którą stronę pójdą producenci.

Ekologia to szacunek do naszej planety, do flory i fauny, w końcu do innych ludzi, obecnie żyjących i przyszłych pokoleń. Każdemu z nas może wydawać się, że robi niewiele, bo raz w tygodniu pójdzie piechotą zamiast jechać autem, czy posegreguje śmieci albo nie będzie ich palił w piecu. Każdy z nas musi do tego dorosnąć i zrozumieć, że wspierając zielone inicjatywy w mniejszym lub większym stopniu przyczynia się do ratowania planety, która coraz bardziej tego potrzebuje. Ja dla dzieciaków w przedszkolu zorganizowałem ogródek, rzecz jasna ekologiczny, w którym mają drzewa owocowe, uprawiają pomidory, sałatę, truskawki czy marchew. Niech uczą się szacunku do natury i niech wiedzą, jaką drogę roślina musi przejść zanim trafi na sklepową półkę. Wam polecam zrobić pierwszy krok – nabyć jakieś dobre wino bio, i sączyć je rozmyślając, że właśnie zrobiliście coś, by wszystkim żyło się lepiej. Może zainspiruje Was do dalszych działań. Liczę na to!

Następny wpis Poprzedni wpis

Autor

Witajcie

Mam na imię Piotr. Wino jest moją pasją. Między innymi z tego powodu zdecydowałem się rozpocząć pisanie bloga. Przyczyn mojej publicznej grafomanii jest więcej i część z nich na pewno wyczytacie między wierszami kolejnych wpisów do czego gorąco zachęcam. Będzie mi niezmiernie miło.