Historia złotej siatki czyli mroczna strona wina

Od pewnego czasu męczy mnie złota siatka, która oplata butelki Riojy. Skąd się wzięła i dlaczego? Pytałem, szukałem i nic. Odpuściłem na czas jakiś, chociaż nie dawało mi to spokoju. Przecież nikt by się z tym nie bawił dla samej ozdoby, funkcji żadnej raczej też nie spełnia – nie chroni butelki przed stłuczeniem jak siatka z plastiku często widywana na lotniskach. W końcu zabrałem się za sprawę poważniej. Owoce moich poszukiwań są. Wiem i zaraz się z Wami tą wiedzą podzielę. Najpierw jednak spostrzeżenie własne. Siatkę taką przy otwieraniu wina powinno się delikatnie zsunąć z szyjki, ściągnąć w dół butelki, zwinąć pod spodem i umieścić w zagłębieniu w denku. Wino będzie prezentowało się okazale i w żaden sposób to „nadopakowanie” nie będzie przeszkadzać w konsumpcji. W naszym pięknym kraju jednak istnieje Służba Celna, która nakazuje znaki akcyzy naklejać na butelki. Jeśli czynności tej dokonuje winiarz hiszpański to zazwyczaj najpierw nakleja znak a dopiero potem oplata złotą siatką butelkę. W takim przypadku podanie wina na sposób powyżej jest bezproblemowe. Gorzej jest w sytuacji, kiedy banderola jest naklejana w składzie celnym już w kraju. Wtedy zaklejona zostanie także metalowa pajęczyna i nie da się zrobić nic innego jak tylko rozciąć czy brutalnie rozerwać tę ozdobę. Podatki ponad rytuałami moi drodzy. Jak żyć (czy pić?) Pani premier? Wystarczy jednak tej wiedzy sommelierskiej, przejdźmy do rzeczy.

Historia Riojy w wydaniu jakim ją dziś znamy zaczyna się w 1786 roku, kiedy pewien ksiądz sprowadził do regionu beczki z francuskiego dębu. Wina produkowano tam już wcześniej, bo uprawy leżą na szlaku pielgrzymek z Francji do Santiago de Compostela, jednak za sprawą Don Manuela Estebana Quintano zaczęto stosować drewno, Wprowadzenie prawa, że wino starzone nie może być droższe od standardowego spowodowało, że beczki popadły w niełaskę i rewolucja zakończyła się niepowodzeniem. Dopiero blisko sto lat po tych wydarzeniach w 1858 roku Markiz Riscal – Camilo Hurtado de Amezaga zaczął z powrotem stosować beczki. Jego winnica istnieje do dziś. On jest też sprawcą owej złotej siatki na butelkach. Pomysł zrodził się z potrzeby. Wina jego zaczęto fałszować nalewając w opróżnione już butelki płyn niższej dużo prominencji i korkując na powrót. Siatka miała być obroną przed oszustami i zarazem gwarancją dla nabywców, że w butelce znajduje się trunek odpowiedniej jakości. Pomysł szybko rozniósł się po regionie i większość producentów zaczęła go stosować. Oczywiście zabezpieczenie takie w dzisiejszych czasach nie jest już raczej przeszkodą ale siatka na butelkach pozostała. Tradycja to czy próba wyróżnienia się – to nieistotne. Wygląda ładnie i łatwo odszukać na półkach sklepowych, a że przez banderole trudniej otworzyć to problem naszych regulacji a nie hiszpańskich winiarzy.

To nie jedyny przypadek fałszowania wina. Problem ten istnieje i dziś. W czasach minionych za taki proceder groziła nawet śmierć. Dawniej wino fałszowano dodając do niego różne składniki. Jeśli była to tylko woda to pół biedy, ale zdarzały się przypadki dodawania substancji niebezpiecznych typu arszenik czy ołów lub wręcz „produkcji” wina od nowa z owoców i alkoholu z różnymi domieszkami. To akurat jest dziś legalne, jednak owocu takiego procesu winem nazywać nie wolno. Co ciekawe, przestępstw dopuszczali się zazwyczaj handlarze a nie producenci. Wyjątek stanowią Austriacy, którym nie tak dawno temu udowodniono dodawanie do wina glikolu (płynu do chłodnic), aby trunek nabrał „ciała” i był odrobinę słodszy. Wina z Wachau dziś takie modne, drogie i doceniane mają mroczną historię najnowszą. Nie bójcie się jednak – pokarało ich moim zdaniem. Mają dobry marketing ale kiepskie wina, wymęczone nad osadem drożdżowym, puste (oni mówią, że mineralne) i niesmaczne. Nawet muskaty nie mają swoich aromatów. Ktoś powie, że takie terroir, że skały w odpowiedniej konfiguracji i to specjalność regionu, ja powiem, że to bajki opowiadane handlarzom, które przekazują dalej konsumentom. No ale o gustach się nie mówi. Prawy brzeg tej doliny zamknięty w butelkach bardziej przypadł mi do gustu, ale na wycieczkę w te strony przyjdzie jeszcze czas. Zabiorę Was – obiecuję.

Wracajmy zatem do oszustów i najnowszej historii. Dziś obowiązują apelacje i mnogie przepisy prawne regulujące rynek wina na każdym etapie – od sadzonki po kieliszek. Wysoko rozwinięta logistyka, szybki przekaz informacyjny i uregulowane kanały sprzedaży nie pozwalają zaszaleć przy butelkach wytwarzanych obecnie i nie wychodzą na jaw wpadki, co nie znaczy, że proceder nie istnieje. Wręcz przeciwnie. Z prawdopodobieństwem bliskim pewności mogę założyć, że nadużycia czy wręcz przestępstwa są prowadzone na sporą skalę, mam jednak nadzieję, że sami winiarze nie biorą w nich udziału.

Zabawa z oszustwami zaczyna się od rocznika 1945 wstecz. Dopiero od tego roku zawartość butelek można datować a to za sprawą prób atomowych. W winie wytworzonym po tej dacie można odszukać śladowe ilości izotopu cezu o liczbie atomowej 137 i na podstawie jego zawartości określić wiek. Wino wyprodukowane wcześniej jest nie do ustalenia – równie dobrze może być z rocznika 1938 jak 1783. Wiedzą to handlarze starych win, którzy odszukują butelki, preparują etykiety i wlewają wina sprzed tej daty do butelek dajmy na to z wieku XVIII o wielkim znaczeniu historycznym.

 Sławna jest historia Wiliama Kocha, który za 400 000 USD zakupił cztery butelki Bordeaux należące ponoć ongiś do Tomasa Jeffersona. Oszustwo udowodniono, ponieważ grawerunek na butelkach został wykonany współczesnymi narzędziami, badania wina jednak potwierdziły, że wyprodukowane przed końcem II wojny światowej.. Co jakiś czas na rynku pojawiają się wiekowe butelki, za które kolekcjonerzy są w stanie zapłacić majątek. Większość z nich prawdopodobnie nigdy nie zostanie otwarta, zatem nie będzie możliwości zbadania zawartości, a to dla nieuczciwych sprzedawców woda na młyn. Chciałbym Wam napisać, żebyście byli spokojni, bo dotyczy to raczej wielkich i kosztownych win, ale są badania, które mówią, że 5%  wina na świecie jest fałszowane, a to znaczy, że statystycznie jedno na dwadzieścia wypitych przez Was win zostało wytworzone nieuczciwie. Przypuszczam, że większość pochodzi z Europy, bo normy są wyśrubowane, ceny wysokie a rynki zbytu coraz szersze (głównie azjatyckie). W nowym świecie przepisy są bardzo liberalne, praktycznie nie ma apelacji i nie ma jeszcze win takich jak burgundy, Bordeaux, Brunello czy Barolo, więc nie ma jeszcze czego fałszować, tak sobie myślę. I w tej intencji na wieczór mam butelkę malbeca z argentyńskiej Mendozy. Otworzę ją ze spokojem, że nikt nieuczciwy palców w nim nie maczał. Zaglądajcie zatem do butelek z pewną dozą rezerwy a nawet podejrzliwością, bo nie jesteście pewni czy nikt Was w te butelki nie nabija.

Następny wpis Poprzedni wpis

Autor

Witajcie

Mam na imię Piotr. Wino jest moją pasją. Między innymi z tego powodu zdecydowałem się rozpocząć pisanie bloga. Przyczyn mojej publicznej grafomanii jest więcej i część z nich na pewno wyczytacie między wierszami kolejnych wpisów do czego gorąco zachęcam. Będzie mi niezmiernie miło.