„Herbata stygnie, zapada zmrok, a pod piórem ciągle nic…”

Nie, żebym przechodził wczesny kryzys twórczy, ale zdecydowałem się na taki tytuł, ponieważ wiele się ostatnio działo w polskim świecie winiarskim i cały czas zastanawiam się od czego zacząć. 

W ciągu ostatniego miesiąca odbyły się dwie poważne winiarskie imprezy – targi w Warszawie i Krakowie – na obu miałem przyjemność być. Było święto młodego wina, po którym udałem się w odwiedziny do dwóch rodzimych producentów (brakuje im trzeciego do ubiegania się o certyfikat chronionego miejsca pochodzenia – ktoś chętny? :)). Miałem okazję posmakować wprost z kadzi rocznika 2016 i obcować z winami nieskończonymi, co jest dla mnie nieocenionym doświadczeniem za każdym razem. Na razie napiszę tylko tyle – Polska różowym winem stoi jeśli idzie rzecz jasna o jakość a nie ilość. Musicie więc mnie zrozumieć, że po takiej eskapadzie rewia tematów aż huczy w głowie.

Jest jednak rzecz, która wydaje mi się szczególnie istotna i chciałbym Wam dziś o niej opowiedzieć.

Za każdym winem stoi człowiek. Czasem jest to enolog, czasem rolnik, biznesmen, pasjonat, ksiądz czy zakonnik. No ale przecież wino robią ludzie, więc niespecjalnie to odkrywcze. Kto miałby za nim stać? Paradoksalnie jednak ma to ogromne znaczenie, bo produkcja wina od pomysłu, wyboru parceli do pełnych butelek to proces wymagający podejmowania bardzo wielu decyzji. W zależności od charakteru człowieka, który je podejmuje, produkt końcowy będzie miał zupełnie inny kształt, smak i aromat. Dla ułatwienia dodam, że nie chodzi mi o liczi, bergamotkę czy smoczy owoc :).

Dzielimy wina ze względu na położenie geograficzne, szczep, siedlisko, metody produkcji, kolor, aromat, rodzaj gleby i uprawy, poziom słodyczy i wiele innych. Ja dziś chciałbym pokazać Wam wino z innej strony. Wino kategoryzowane przez pryzmat człowieka, który odpowiada za efekt finalny. Jako się rzekło niekoniecznie enologa, bo nauka ta to „najgorsza rzecz jaka winu mogła się przytrafić”.  Tę myśl jeszcze kiedyś rozwinę, bo choć wywrotowa, to jest w niej trochę racji. Ojcem wina zaś może być osoba lub grupa osób (wspólnicy, rodzina), która bezpośrednio decyduje co ma znaleźć się w butelkach. Najłatwiej to zaobserwować w projektach pokoleniowych, gdzie syn lub córka powoli przejmują od rodziców najpierw winiarnię a potem pole (nie spotkałem się nigdy, żeby kolejność była odwrotna – czyżby następny dowód na to, że wino robi się na polu?).  Widać jak młode pokolenie pod czujnym okiem rodziców stara się wprowadzić zmiany, ale szacunek do tradycji powoduje, że są to zmiany przemyślane, czasem aż zbyt ostrożne ale zawsze ambitne.

Ja lubię wina od ludzi odważnych, idących może nie w poprzek trendów ale swoją własną ścieżką. Nazywam je winami autorskimi błędnie rzecz jasna, bo każde wino jest autorskie i niepowtarzalne. Lubię efekt zaskoczenia, eksperymentu, nie zawsze do końca udanego, ale porywającego. To są wina wizjonerów, artystów, w których czuć już przyszłe,  coraz lepsze roczniki. To są ludzie, którym błyskają kurwiki w oczach, jeśli zapytać w trakcie degustacji o dany element czy technikę, wtedy w jednej chwili wszystko inne schodzi na dalszy plan, a jedyny temat to ta wyjątkowość właśnie. To wina opierające się modom, regułom czy apelacjom i ludzie uważani co najmniej za ekscentryków, dla których droga jest przynajmniej równie pasjonująca jak jej cel. Dlatego właśnie uwielbiam degustować przy autorze.

Na kolejnym miejscu plasują się „artyści na emeryturze”. Ludzie, którzy wypracowali swoją własną markę i styl uznawany na całym świecie i trzymają się tego. Ci ludzie są pewni swego, świadomi i konsekwentni. Wychodzą z założenia, że lepsze wrogiem dobrego i poniekąd słusznie. Pytanie tylko czy równocześnie nie popełniają grzechu zaniechania? Tutaj są największe światowe wina. To zawsze jest przyjemność i często zaskoczenie jednak wina te są  poprawne politycznie i nigdy nie mają wad. Są jak idealnie skrojony garnitur, który zaczął świetnie leżeć w trzecim pokoleniu.

Dalej mamy solidnych rzemieślników – ludzi, którzy wkładają mnóstwo pracy w swoje wina, a jej efektem są typowe, poprawne i bardzo dobre trunki adekwatne dla szczepu lub regionu.  O ile dwie poprzednie kategorie w większości przypadków występują w niewielkich winnicach, to tu mogą trafić producenci z wielkich areałów. Robią wyśmienite wina i starannie dbają o wysoką jakość i powtarzalność. Są pedantyczni i profesjonalni. W butelce nie może znaleźć się dzieło przypadku. Co ciekawe w tej kategorii można odszukać też spółdzielnie. Wśród tych producentów też najlepiej byłoby rozpoczynać swoja przygodę z winem, bo to idealny punkt odniesienia zarówno w górę jak i w dół.

Następnie mamy mniej solidnych rzemieślników, którzy z przyczyn różnych robią wina słabsze, nierzadko w ambitnych apelacjach czy regionach. Przyczyn należałby szukać uogólniając w mniejszej dbałości o detale i braku większych aspiracji. Wino i tak się sprzeda, większość kupujących się nie zna a ja zadbałem o markę. Mam apelację, medal czy dobrą prasę – wystarczy. Można to odczuć nie tylko w kieliszku ale i rozmowie. Wina są nie tylko bez duszy ale brakuje im też ciała.

Kolejna kategoria to winiarze za karę. Czasem odnoszę wrażenie, że zbrzydło im to lub po prostu nie odnajdują się na tym polu. Ich produkty mają zapewnić godziwy byt, mają stałych odbiorców, więc robią i sprzedają wino. Na szczęście rynek to reguluje ale w regionach o bogatej tradycji winiarskiej, znanych i lubianych można odszukać zmęczonych winem ludzi, którzy są wypaleni lub niespełnieni. Ich wina są puste i męczące.

No i prawie na koniec moi ulubieńcy. Jak ich nazwać? Robią wina pokazowe, żeby nie powiedzieć – na pokaz. Dużo marketingu, wielka pompa, dużo techniki i sporo pieniędzy. Zazwyczaj wysokie ceny i trunki, o których wszyscy mówią zanim jeszcze pojawią się w butelkach. Ludzie, którym wybujała ambicja zaćmiła szacunek z jakim wino traktować się powinno. Gwiazdki jednego sezonu, samozwańcy i tym podobni. Z nimi trudno porozmawiać nawet w winiarni, a jeśli już się uda to zawsze będą okazywać swoją wyższość, a przecież wszyscy dotychczas wymienieni mieli by do tego prawo. Piłem takie wino z Californii dla przykładu. Cztery szczepy bordoskie, trzy lata w beczce, dwa w butelce, która była dwa razy cięższa niż najpotężniejsze europejskie flasze, długi korek naturalny oczywiście i zawartość, którą standardowemu konsumentowi już trudno oceniać po takim wstępie. Dla mnie jednak zdecydowany przerost formy nad treścią.

Na sam koniec grzesznicy. Ludzie, którzy robią wina takie jak chcą i nie przeszkadza im w tym klimat, położenie, surowiec czy tradycja tak samo jak kiepskiemu tancerzowi nie przeszkadza w tańcu muzyka. Od pierwszej pozycji z listy odróżnia ich za to  pycha lub brak wyobraźni. Na rodzimym podwórku kilku takich by się znalazło i to nawet recydywistów :). Za przykład niech posłuży białe sangiovese z bąbelkami z gron powstałych w jednej z najznamienitszych toskańskich apelacji. Pozostałe wina producenta były bardzo przyzwoite, chociaż do supertoskana mógłbym mieć zastrzeżenia, ale to? Na szczęście posadził rieslinga, wiec za klika lat odwiedzę go i zobaczę czy była to chwilowa niedyspozycja związana z tęsknotą za białym winem czy coś poważniejszego :).

Tak moi drodzy. Wino to ludzie i ich decyzje świadome i podświadome. Od nich zależy efekt końcowy i jego poziom. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero teraz, choć odczuwałem to zjawisko od samego początku. Podział powyższy jest umowny i autorski a granice bardzo płynne. Powstał tylko po to, aby pokazać Wam jeszcze jeden punkt widzenia. Kto pokusi się i w winie nie będzie szukał jedynie aromatu trawy cytrynowej, siana czy benzyny a pójdzie krok dalej i zastanowi się jaki człowiek to wino popełnił? Imię i nazwisko znajdziecie na etykiecie lub w Internecie a co znajdziecie w kieliszku?

Następny wpis Poprzedni wpis

Autor

Witajcie

Mam na imię Piotr. Wino jest moją pasją. Między innymi z tego powodu zdecydowałem się rozpocząć pisanie bloga. Przyczyn mojej publicznej grafomanii jest więcej i część z nich na pewno wyczytacie między wierszami kolejnych wpisów do czego gorąco zachęcam. Będzie mi niezmiernie miło.