Gdzie kończy się pasja

Inspiracją do dzisiejszego tekstu była wizyta w okolicach Sandomierza. Miałem okazję skosztować win sandomierskich ale też  świętokrzyskich. Łączy je miejsce pochodzenia, podobne szczepy i sposób winifikacji, łączy szlak winnic i wielowiekowa tradycja, którą pieczołowicie odbudowuje dominikanin - ojciec Marek na wzgórzu klasztornym, łączą turyści, którzy nieświadomi podziałów odwiedzają jedne i drugie winnice, a jednak coś je dzieli. Z faktami trudno dyskutować, a  kijem Wisły nie da rady zawrócić, więc zostawmy z boku powyższe zjawisko. Jego występowanie skłoniło mnie jednak do pewnych rozważań, którymi chciałbym się z Wami podzielić.

Gdzie kończy się pasja, a zaczyna biznes? Czy istnieje w ogóle granica? Czy możemy powiedzieć, że jedno wino powstało z pasji, a inne tylko dzięki pobudkom materialnym? Czy wino zrobione dla zysku będzie smakowało gorzej? I na koniec, czy ktokolwiek ma prawo do oceny moralnej winiarzy?  Poszukam dla Was odpowiedzi,  ale łatwo nie będzie.

Na początku myślałem, że da się zastosować prosty podział - pasjonat, to człowiek, który robi wino dla siebie i najbliższych, nawet chciałem obliczyć ilość butelek, jako wykładnik stosując dzienne spożycie  niemal rodowitego Rosjanina - Pana Depardieu , jednak nie tędy droga. W mojej ocenie z zamiłowania wino powinno się robić również dla innych. Czy zatem „wino dla ludu”  powinno mieć bardzo przystępną cenę? Pewnie tak, ale na przestrzeni wieków stało się z nim to, co z niemieckimi autami dla ludu – zyskały spore zainteresowanie i popyt przegonił podaż, więc ceny skoczyły.

Gdzie zatem jest granica jeśli nie w ilości butelek i cenie? Może stanowi ją marketowa półka? Jeśli wino się na niej pojawi, to na pewno jest robione wyłącznie dla pieniędzy? Nie mogę się z tym zgodzić, jak każdy, kto choć raz robił zakupy w Monoprix w Colmar. Stoją tu na półkach wina z grand cru o areale maksymalnie kilku hektarów, które są uważane, za jedne z najlepszych na świecie. Spójrzmy też na swoje podwórko. Jakiś czas temu pojawiły się pierwsze polskie wina w dyskoncie. I co? Sprzedały się. O to chodziło. Być może podratowały budżet winnicy, może zwolniły miejsce w kadziach i piwnicach? Może nie były najlepsze, może ten fakt budzi kontrowersje, a może będzie to nauka na przyszłość dla wszystkich winiarzy? Sam na początku patrzyłem na tę kwestię dość krytycznie, ale stare porzekadło mówi, że ten się nie myli co nic nie robi? Poza tym czy można to nazwać pomyłką? A gdyby jakaś winnica zdecydowała się produkować wina wyłącznie do sprzedaży w dyskontach? Krytycy pewnie dopuściliby się linczu, a ja Wam mówię, że wcześniej czy później to nastąpi. Bo wino to biznes, pieniądze i nawet pasja musi mieć co do przysłowiowego garnka włożyć.

Założenie winnicy to kosztowna sprawa. Zorganizowanie i wyposażenie winiarni to nie raz drugie tyle. W Polsce winiarstwo budowane jest od zera. Wszystkie koszty trzeba ponieść od początku, z zakupem ziemi włącznie. Czasem na szalę idą oszczędności całego życia, czasem nawet winnica powstaje na kredyt, więc trudno się dziwić, że główny zainteresowany chce jak najszybciej otrzymać jakiekolwiek zwroty, często nawet nie dla siebie, ale żeby móc dalej inwestować.

Od zawsze byłem zagorzałym przeciwnikiem butelkowania i sprzedawania kiepskiego wina. Teraz kiedy mam trochę inną perspektywę, zaczynam się zastanawiać czy można dopuścić taki proceder, jeśli jego jedynym celem ma być lepsza organizacja winiarni i docelowo lepsze wina. W końcu klient ma prawo skosztować wina przed zakupem. Powiem Wam, że jestem w kropce i nie potrafię jednoznacznie określić się w tym temacie.

Na koniec o winach robionych wyłącznie dla zysku. Zacząć by wypadało od Rothschildów, bo przecież to najstarszy komercyjny projekt winiarski a zarazem jedne z najbardziej cenionych win Europy. Czy aszu Disznókő smakowałoby równie dobrze, gdyby nie dofinansowanie francuskiego potentata ubezpieczeniowego? Teraz to czołówka Tokaju.  Jeśli pozostawimy z boku emocje, to dojdziemy do wniosku, że ostateczny odbiorca oczekuje przede wszystkim dobrego wina i nie do końca musi się rozwodzić nad tym, kto wyłożył kasę na jego produkcję.

Duże pieniądze, bez względu czy są stare czy idą za międzynarodowa korporacją, rzadko są zdobywane w pełni moralnie (delikatnie rzecz ujmując). Jeśli zaś chodzi o wino i jego jakość, to jest jedna żelazna reguła – najpierw musi być kasa, potem czas, a na końcu powstanie dobre wino, a głupie oszczędności stosowane po drodze lub niedoszacowanie da się wyczuć w kieliszku. Samym sercem wina nie zrobisz, samą kasą na szczęście też nie :).

Następny wpis Poprzedni wpis

Autor

Witajcie

Mam na imię Piotr. Wino jest moją pasją. Między innymi z tego powodu zdecydowałem się rozpocząć pisanie bloga. Przyczyn mojej publicznej grafomanii jest więcej i część z nich na pewno wyczytacie między wierszami kolejnych wpisów do czego gorąco zachęcam. Będzie mi niezmiernie miło.